Kronika
O.Ireneusz Dampc OMI - misjonarz z Pekinu
2010-08-12

Rozmowa z o. Ireneuszem Dampcem OMI  – misjonarzem z Pekinu.
 

16 lat temu pracował jako wikariusz w parafii na Koszutce.  Po pół roku pracy pośród nas wyjechał do Australii, aby tam nauczyć się języka angielskiego.  Po dwóch latach intensywnej nauki pojechał dalej: na misje do Hong Kongu, gdzie  pracował w duszpasterstwie i posługiwał jako kapelan w więzieniach dla kobiet i mężczyzn.
 

Jak ojciec wspomina  czas pracy duszpasterskiej w Hong Kongu ?
 

W tym mieście byłem do 2006 roku.  Pomagałem w naszej oblackiej parafii i również  często odwiedzałem więźniów. Byłem kompletnie zaskoczony wiekiem przebywających tam dziewczyn: najmłodsze miały 17 lat, a najstarsze 22 lata. Ogromnie  żal mi było  tych młodych ludzi, których nikt nie odwiedzał. Rozmawiając z nimi stawiali  mi wiele pytań:  najpierw dotyczących mojego dzieciństwa, rodziny, z jakiej pochodzę, ale potem również dotyczących spraw wiary, chrześcijaństwa, przede wszystkim samej osoby Chrystusa. Pytano się o to, jak najlepiej się modlić. Byłem wprost zaskoczony niektórymi pytaniami. I tak było przy każdym spotkaniu.
Uświadomiłem sobie, jak bardzo ta posługa jest potrzebna. Tym młodym ludziom trzeba pomóc. Czuję, że bardzo sobie cenią te spotkania. Cenią sobie przede wszystkim to, że ktoś do nich przychodzi, że interesuje się nimi, że mówi im o miłości Boga do każdego człowieka
 

Ostatnie cztery lata to czas pracy w Chinach ?
 

Tak, oczywiście. Początkowo pracowałem wśród trędowatych i chorych na AIDS. Nie była to łatwa praca. Każdego dnia bieżącą wodą, musiałem  opatrzyć  rany około dwudziestu chorym. Wszystkie rany musiały  być starannie oczyszczone, dwa lub trzy razy. Niekiedy trzeba było wyciąć i usunąć okalającą ją martwą skórę. Po opatrzeniu wszystkich ran, czyściliśmy narzędzia medyczne i przygotowywaliśmy lekarstwa na następny dzień. Raz w tygodniu przyjeżdżało kilku lekarzy, aby zbadać pacjentów. Czasami, by powstrzymać rozprzestrzenianie się choroby na resztę ciała, trzeba było dokonać amputacji ręki lub nogi. W takich przypadkach siostry modliły się za cierpiącego i podtrzymywały go na duchu.
Wśród trzystu trędowatych tylko jeden był katolikiem. Niektórzy patrząc na poświęcenie sióstr byli nawet skłonni przyjąć chrzest święty.
 

Jak długo ojciec pracował wśród trędowatych ?
 

Tylko rok, gdyż wyjechałem do Pekinu i tam do dzisiaj mieszkam i pracuję ?
 

Pekin to duże miasto ?
 

Liczy 17 milionów mieszkańców. Ja mieszkam od centrum 50 km.  Dojazd do centrum zajmuje mi dwie godziny, gdyż w samym mieście znajduje się 3 miliony samochodów i można sobie wyobrazić jaki tłok panuje w tej ogromnej aglomeracji. Pekin jest drugim, po Szanghaju, miastem ChRL pod względem liczby ludności. Pełni także funkcję największego ośrodka politycznego, oświatowego i kulturalnego kraju. 
W tym mieście pracuję w sierocińcu dla niemowląt, których obecnie mamy 26. To są dzieci porzucone przez rodziców, niekiedy bardzo chore. Organizujemy dla nich również rodziny zastępcze i fachową obsługę medyczną. Eucharystię sprawuję dla niewielkiej liczby katolików, prywatnie w ich domach. Żeby odprawić Mszę św. w kościele musiałbym otrzymać zgodę biura d. s. religijnych.  Praca z młodzieżą jest zakazana, mimo, iż pośród nich jest wielki  głód Boga. Wiele razy słyszałem rozmowy młodych ludzi: chciałbym/chciałabym wierzyć w coś pozaziemskiego, ale nie ma mi kto o tym powiedzieć.
 

Bóg zapłać ojcze za rozmowę i życzymy dużo wytrwałości i błogosławieństwa Bożego w pracy misyjnej.
 

Również chciałbym podziękować wszystkim za modlitwy, życzliwość, pamięć i proszę nadal o modlitwę szczególnie za Kościół w Chinach i oblatów tam pracujących. Jest nas tam tylko dwóch ja i ojciec Luc, który pochodzi z Mauritiusa.